O autorze
Z urodzenia Zagłębianka, zakochana w Dolnym Śląsku. Marzyłam, by zostać baletnicą, zostałam ginekologiem.Dwukrotna laureatka przyznanego w głosowaniu pacjentek tytułu „Lekarz przyjacielem kobiety” przez czasopismo „Twój Styl”. Działam w Międzynarodowym Forum Kobiet przy Szkole Głównej Handlowej. Jestem współwłaścicielką Prywatnej Specjalistycznej Przychodni Lekarskiej oraz Radia Sudety.W 2011 roku uzyskałam mandat poselski z ramienia Ruchu Palikota, od czerwca 2013 posłanka niezależna, współzałożycielka Koła Poselskiego Inicjatywa Dialogu. Od grudnia 2013 - członek Klubu Parlamentarnego PSL. Wiceprzewodniczę sejmowej Komisji Zdrowia.Pozostaję od wielu lat w związku z tym samym mężczyzną. Wielbicielka i właścicielka jamników.Razem z mężem wychowaliśmy dwoje cudownych dzieci. Każdego dnia cieszymy się z gromadki naszych wnucząt. Jestem z nich wszystkich dumna i zarazem pewna, że One także będą dumne ze mnie.

Czy lekarz katolicki to ciągle lekarz?

Nie wiem, czym tak naprawdę ma być Deklaracja Wiary lekarzy katolickich. Sama nazwa sugeruje, że jest to jedynie deklaracja „wiary”, a więc najpewniej nie jest - wbrew sugestiom niektórych komentatorów - otwartym wypowiedzeniem wojny nauce. Ale może jest?

Choć przez moment potraktujmy sygnatariuszy Deklaracji poważni przyjmując, że potrafią czytać ze zrozumieniem i wiedzieli co podpisują.
W samej deklaracji znalazłam kilka stwierdzeń, które każą mi martwić się, czy „lekarze katoliccy” nie przestają być takimi całkiem zwykłymi lekarzami - takimi, którzy leczą, a nie pouczają.



Pierwszym z takich sformułowań jest uznanie ciała za „nietykalne”. Jeśli stwierdzenie to potraktujemy dosłownie to całkiem pokaźna część wiedzy medycznej okazuje się niemożliwa do zastosowania. Skoro ciało jest nietykalne, to - jak rozumiem - wszelkie operacje są po prostu niemożliwe. Jeśli jednak są możliwe, a słowo „nietykalność” ma wartość jedynie symboliczną, to i cała deklaracja nabiera znaczenia wyłącznie symbolicznego.

Kilka linijek dalej czytam, że „moment poczęcia zależy wyłącznie od decyzji Boga”, po czym dowiaduję się, że zapłodnienie in vitro stanowi wyraz jawnego odrzucenia „samego Stwórcy”. Ten fragment wydaje mi się nielogiczny: skoro poczęcie zależy wyłącznie od decyzji Boga, to poczęcie dzięki in vitro również musi być wynikiem decyzji Boga - taka, ot logiczna pułapka...

Trzeci punkt deklaracji nie brzmi zbyt groźnie z punktu widzenia pacjenta. To najzwyklejsze obwieszczenie czytelnikom przekonania, że seks dopuszczalny jest jedynie w małżeństwie. To także delikatne ujawnienie własnych, seksualnych obsesji poprzez nadanie narządom płciowym statusu „sacrum”.

Punkty czwarty i szósty deklaracji brzmią najgroźniej, ponieważ autorzy deklaracji zastrzegają sobie prawo do sprzeciwu wobec działań niezgodnych z ich sumieniem. Jest to koncepcja o tyle groźna, że w walce o ludzkie życie i zdrowie, ważnym czynnikiem, który trzeba brać pod uwagę staje się sumienie „katolickiego lekarza”. A mam głębokie przekonanie, że dokładnie na tym polu, naszym (czyli lekarzy) jedynym punktem odniesienia może być jedynie dobro pacjenta, a nie samopoczucie lekarza.

W takim też kontekście obawiam się nieco konsekwencji wynikających z punktu piątego, który prawo Boże stawia ponad prawem ludzkim. Dla katolików jest to stwierdzenie bezdyskusyjne, ale jeśli z pozycji poza-religijnych zastanowimy się nad pochodzeniem prawa Bożego, to natychmiast na naszym horyzoncie pokażą się ludzie - ci, którzy prawo Boże obwieszczają. Taka perspektywa jest już nieco problematyczna. I nie różni się od zapewne potępianej przez „lekarzy katolickich” idei muzułmańskiej fatwy.

Póki co nie histeryzujmy.
Po owocach ich poznamy.

HSR
Trwa ładowanie komentarzy...